Nie płakałem głośno.
Nauczyłem się tego wcześnie.
Miłość do mężczyzny
zawsze miała być cicha,
jakby przepraszała, że istnieje.

Serce pękło nie dlatego, że mnie nie kochałeś,
ale dlatego, że przez chwilę
pozwoliłeś mi uwierzyć,
że mogę kochać bez strachu.

Dotykałeś mnie tak,
jakby świat nie miał oczu.
A potem odszedłeś,
jakby jednak je miał.

Moja dusza pękła w miejscu,
w którym nauczyłem się być silny.
Tam, gdzie mówiłem sobie:
„to tylko faza”,
„to minie”,
„nie pokazuj”.

Ból ciała był prosty.
Gorszy był ten,
którego nie da się wskazać palcem.
Ten, który zostaje,
gdy nikt nie pyta,
kogo naprawdę straciłeś.


Ja kochałem prawdziwie
Nie mniej,
nie ciszej,
nie na próbę.

Jeśli to była śmierć,
to nie mnie 
tylko tej wersji mnie,
która jeszcze wierzyła,
że miłość nie musi boleć.

A jednak żyję.
Z pękniętym sercem.
Z pękniętą duszą.
Ale nadal 
prawdziwy.